Good Spy

Dobrzy szpiedzy w słusznej sprawie.

Good Spy

Union, duma wschodniego Berlina.

Berlin to miasto kontrastów w każdym tego słowa znaczeniu. To tutaj mieści się stolica największej gospodarki Europy, ale i też w Berlinie na ulicach możesz spotkać najwięcej bezdomnych na starym kontynencie. Miasto z trudną historią, które kilkadziesiąt lat było podzielone murem i stało się symbolem żelaznej kurtyny.

Nic więc dziwnego, że w takich warunkach podziały widać również w sporcie, szczególnie w uwielbianej u naszych sąsiadów piłce nożnej. Z jednej strony zachodnioniemiecka Hertha, z olbrzymim budżetem, pięknym stadionem olimpijskim, od wielu lat rozpychająca się w niemieckiej elicie, z drugiej wschodni Union, klub bez sportowych sukcesów, który prawie 30 lat od zjednoczenia czekał na to, żeby zagrać z najlepszymi w swoim kraju. Zespół, który wielokrotnie mógł nie istnieć ale dzięki swoim fanom dzisiaj powstają o nim artykuły jak ten.

Union swoją nazwę otrzymał w 1966 roku, wcześniej przez ponad pół wieku jego przydomek wielokrotnie się zmieniał. Klub u szczytu zimnej wojny, w kraju zdominowanym przez komunistów i w mieście gdzie ścierała się cywilizacja zachodnia i wschodnia musiał różnić się od swoich ligowych rywali.

Kibice od początku byli przeciwko establishmentowi, to tutaj mimo szarej, twardej, komuny na meczach pojawiali się ludzie w długich włosach, często w strojach, które sugerowałyby, że wybierają się na koncert rockowy, a nie mecz, w socjalistycznej rzeczywistości coś bezprecedensowego. Stadion Unionu był też jedynym, na którym otwarcie walczono z komuną. Piosenka “The wall must go” do dzisiaj jest uważana za kultową wśród fanów.

Po zjednoczeniu Niemiec klub popadł jednak w problemy finansowe, w mieście urósł im rywal w postaci Herthy, a bojowniczy i antysystemowy charakter kibiców Unionu przeszkadzał w pozyskiwaniu zamożnych inwestorów. Inwestorem zostali więc kibice.

Klubowi fani postanowili przelać krew za Union i to dosłownie. Przez wiele miesięcy trwały akcje krwiodawstwa, a zdobyte za oddaną krew pieniądze sympatycy Berlińczyków przeznaczali na zespół. Trudno o większy akt oddania.

Gdy w 2008 roku, stadion na którym do dzisiaj grają groził zawaleniem, 2500 kibiców samemu wyremontowało obiekt, żeby zmniejszyć koszty inwestycji. Każdy z nich przepracował charytatywnie prawie 50 godzin. Kilka miesięcy później podczas derbowego meczu towarzyskiego z Herthą, każdy z “pracowników” miał na sobie czerwoną czapkę jako symbol cegiełki i trudu włożonego w dalsze istnienie Unionu.

Zżycie z klubem przenosi się nawet na obchody religijne. Kilka lat temu Union przed świętami Bożego Narodzenia przegrał ważny mecz, konsternacja na stadionie była tak wielka, że wszyscy z wściekłością opuszczali obiekt. Po pewnym czasie zorientowano się, że nikt nie złożył sobie życzeń. Kibice postanowili więc włamać się na obiekt i w kilkunastotysięcznym tłumie odpowiednio celebrować święta. Ta spontaniczna sytuacja stała się tradycją, obchodzoną teraz co roku.

Taka identyfikacja z zespołem piłkarskim niesie za sobą konsekwencje również negatywne. Gdy kluby Bundesligi uchodzą za dobrze poukładane firmy, a kibice są jedynie kolorowym dodatkiem nie sprawiającym większych kłopotów, fani Unionu słyną ze swojej bezkompromisowości często dopuszczając się aktów chuligańskich. Tak jak na pierwszych ligowych derbach Berlina, gdzie jedynie dzięki bohaterskiej postawie polskiego bramkarza Rafała Giekiewicza nie doszło do awantury. Trudno jednak się spodziewać, że Unioniści wraz z wejściem na piłkarskie salony stracą swój antyestablishmentowy charakter.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Absolwent dziennikarstwa i politologii na Uniwersytecie Śląskim. Z zamiłowania podróżnik i fan piłki nożnej.